|
|
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
emigracja
Udalo sie - wyjechalam, jestesmy juz razem we dwoje w obcym miescie.. a moze juz nie takim obcym.. gdy ostatnio wracalam sama do Polski, mialam wrazenie ze ta Polska nasza taka szara, odlegla, ze jade w zla strone..bo on zostal w Wiedniu.. Droga z Wiednia przez Slowacje do Polski jest piekna - przemierza sie cale panstwo, zasniezone ale przez to piekne, gorzyste, ich drogi sa jakby blizej nieba.. cudowne uczucie gdy noca jedziesz droga w gore, w strone gwiazd.. a wokol pusta przestrzen, tylko pare drzew majaczy w oddali.. czasem wypatrzysz cienie saren, jelenia przeskakujacego przez ulice czy zajace.. z szumu radia wyciagasz polskie glosy ostrzegajace przed miskami i krokodylami ;) oj cale korowody polskich samochodow wciaz kursuja miedzy Austria a Polska.. auta wypchane mezczyznami stesknionymi swoich zon - w piatki wsiadaja w Wiedniu wyperfumowani, w swiezych koszulach, i z piwkiem w reku, zeby szybciej zasnac, zeby droga szybciej minela i obudzic sie pod domem, w Polsce.. smieja sie, zartuja, mimo wielkiego zmeczenia widac ze jada we wlasciwa strone..rozmowy sie kreca wokol niecheci do Kasztanow, innych Polanskich pracujacych w sasiedztwie, biedzie w Polsce i tym ze kraj trzyma sie tylko dzieki temu ze w kazdej rodzinie jest ktos zagranica utrzymujacy pare osob w kraju.. niemieckie slowa mieszaja sie z polskimi, jest czas przedyskutowac sensacyjny artykul z Poloniki o koniecznosci przerejestrowywania samochodow, kontrolach i tym jak to nas probuja z kazdej strony przydybac.. droga szybko mija.. Gdy widze tych samych pasazerow w niedziele wieczorem, wsiadaja jakos leniwie, rzewnym okiem zerkajac na dom.. i pija wiecej, zeby droga i caly tydzien szybciej minely...juz wsiadajac umawiaja sie z busiarzem na droge powrotna.. po czym wtulaja sie w okno i zasypiaja.. jakos brak chetnych do zagadania.. a mnie wlasnie serce rosnie, z kazdym przekroczonym pagorkiem czuje sie coraz blizej, serce bije mi coraz mocniej z kazdym znakiem wskazujacym na Wieden, a gdy wreszcie juz na miejscu wbiegam po schodach kamienicy, wtulam sie w niego jeszcze w kurtce, nie zwazajac na to ze srodek nocy, swieza posciel, plecak i buty rozrzucone w przedpokoju.. jestem w domu.. :)
niedziela, 30 maja 2010
wirtualnie
On jest daleko, juz od roku. Nasz zwiazek sie przez to zahibernowal. Widzimy sie tylko w weekendy, w chwilach pomiedzy spotkaniami z przyjaciolmi, rodzina, ogladaniem filmow.. W ciagu tygodnia rozmawiamy przez komunikator, wymieniajac sie skrawkami mysli, nerwow, informacji, pomiedzy czytaniem gazety, klikaniem w aplikacje, rozmowami z innymi ludzmi.. coraz mniej o sobie wiemy..juz nawet nie relacjonujemy sobie tego co sie dzialo poprzedniego wieczoru, zeby sie nie zloscic, nie wzbudzac zazdrosci.. mam wrazenie, ze nasz zwiazek stal sie wirtualny i odlegly.. wybaczamy sobie wiecej, ze wzgledu na dzielaca nas odleglosc.. mamy kilka tematow, ktore potrafia odciagnac nas od innych zajec a sprawiaja ze skupiamy sie na sobie, w zlosci wyklikujac kolejne wykrzykniki z klawiatury.. z kolei wyznania pozytywnych uczuc pisane na okienku komunikatora wyglada tak dziwnie i obco.. Jesli namowie go, zeby wrocil, to skupi na mnie zlosc za kazde drobne niepowodznie jakie go tu spotka.. sama bede sie czula odpowiedzialna za to,ze przekonalam go do takiej decyzji.. i jak wroci to bedzie trzeba zmagac sie z szara codziennoscia.. z naciskami i poczuciem koniecznosci jakiegos slubu.. Opcja druga to moj wyjazd do niego. Jest mi ciezko znalezc prace ze wzgledu na jezyk.. jest mi ciezko bo przywiazalam sie do aktualnej pracy.. chyba po prostu sie boje zmian.. chcialabym zeby on okazywal mi wiecej uczuc. Faceci juz tacy sa malo uczuciowi. W jego przypadku trzeba zwrocic uwage przede wszystkim na to co robi, tzw. uczynki. Wtedy dopiero faktycznie wychodzi na to, ze mnie kocha ;-)
sobota, 24 kwietnia 2010
przekornie..
to dziwne, przekorne.. tak bardzo czegoś nie chcieć i się obawiać, że samemu do tego prowadzić.. okrutna ta nasza podświadomość.. więzi nas i karze najsurowiej, znając najczulsze punkty.. a gdy wydaje nam się że czegoś tak bardzo pragniemy, obwiniamy wszystko i wszystkich o niepowodzenie, zamiast wziąć życie za fraki i osiągnąć cel. Pod warunkiem tylko, że cel jest realny i dotyczy nas samych. Jeśli chcemy swoje szczęście uzależnić od kogoś, to prędzej czy później skończy się obarczaniem ich tym swoim niedoszłym szczęściem, a przecież nikt nie może być lekarstwem na całe zło tylko człowiek sam dla siebie..inni mogą nam tylko pomóc, ale pomocy nie należy oczekiwać ani wymuszać, nie można kogoś zmusić aby nas uszczęśliwił.. szczęście można odnaleźć tylko w sobie, dopiero potem można cieszyć się prawdziwie z innymi, nie porównując ich do siebie by w ten mylny sposób zbudować swoją wartość.. Ludzie nieszczęśliwi są wtedy, gdy wydaje im się że świat obok jest piękniejszy, lepszy.. gdy do swoich doświadczeń przykładają miarkę w postaci wydarzeń z życia sąsiadów. Ludzie są niespełnieni, gdy oczekują od innych i czekają na innych.. zamiast brać garściami to, co leży pod stopami, to co przywiał wiatr z innej strony.. zamiast czekać biernie, samemu nadać sens.. zamiast selekcjonować znajomych ze względu na ich pomyłki, pokochać w nich tę cząstkę która jest piękna.. przekorne, że próba zmuszenia kogoś, aby był bliżej i dłużej, kończy się tym że będzie chciał uciec jak najdalej i najszybciej.. dostaliśmy wolność właśnie po to, żebyśmy sami mogli wybrać i pokochać.. egoizmem nie jest żyć tak jak się chce, ale zmuszanie innych by żyli tak jak my chcemy.. Każdy ma jakiś cel do zrealizowania. Każdy ma możliwość być szczęśliwym. Codziennie mamy mnóstwo małych celów i okazji do bycia szczęśliwymi. Nie wolno biernie stać, oczekiwać cudów, narzekać na to co jest i porównywać z innymi! Odnaleźć drobne chwile, które dają szczęście, każdego dnia zatrzymać się tysiąc razy, przy każdym pięknym drzewie, kwiatku, słowie i uśmiechu, przeżyć ten czas, pozwolić chwili trwać. Zwolnić w tym maratonie, który nie prowadzi donikąd. W rzeczywistości wcale nie ma żadnego wyścigu o to kto lepszy, kto zdobędzie więcej i szybciej. W ostatecznym rozrachunku pozostanie tylko tyle - kilka zapamiętanych gestów, słów, drgnięć.. tylko te kilka chwil, gdy serce się przebudziło, gdy trawa tak zielona, kwiaty kolorowe na czarnych konarach drzew, powietrze pachnące, każda kropla rosy odbija swój skrawek świata, a dziecko w podskokach i śmiejejąc się radośnie biegnie za bzyczącą muchą..
niedziela, 15 lutego 2009
na zakręcie
dawno nic nie pisałam - nie miałam na to czasu, tyle się ciągle działo i dzieje..czas płynie jak rwąca rzeka, czasem tylko zwalniając w niespodziewanych meandrach..poprzedni rozdział mojego pamiętnika skupiony był wokół deszczowej stolicy-Londynu..później byłam też w nawilżonej od równikowych opadów Ameryce Srodkowej -tam nie miałam czasu na nic ponad zdjęciami..a teraz deszczowa kraina jest w moim sercu..znów jestem na zakręcie..."ja się nie skarżę na swój los,potulna jestem jak baranek. I tylko mam nadzieję, że chyba wiesz, co robisz Panie".. siedzę właśnie w mojej samotni, popijając kaktusowego drinka, przyglądam się śmiesznej obcej twarzy po drugiej stronie lustra..czy to naprawdę ja?.. brakuje mi ciepłych osób, słów, gestów...zamieniłabym chętnie zimnego drinka na grzane wino z przyjaciółmi..osobisty komputer na stół przepełniony szklankami, klejący się piwem..ciepłą kołdrę na papierosowy dym, w którym można wydychać w pustkę złe myśli ciążące na duszy..szum pralki na muzykę-koncert jazzowy, pianino, głos wokalisty wyśpiewującego rzeczywistość ciemniejszą niż w koszmarze codzienności..czajnik z gwizdkiem świrujący na gazie zamieniłabym na gwizdek motorniczego, oznajmiający daleką podróż...bo zawsze łatwiej jest zostawiać, niż zostać zostawionym..płaczesz przed wejściem na terminal lotniska, żegnając się, ale po przekroczeniu bramek już wiesz, że właśnie zaczęła się przygoda, podróż..wiesz, że robisz kolejny krok, by poznać świat, odkryć nowe lądy, odnaleźć ukryte zatoki..
środa, 29 października 2008
spacer
ścieżką pośród drzew, plącząc się w spadające liście, wdychając ciężkie powietrze lasu, zagęszczone kłebkiem myśli i zapachem minionych chwil...szum ptasich skrzydeł nagle budzi cię, gdy zaczynasz śnić...jak obronić się przed jesienną melancholią, zabrać z dzieciństwa to, co najlepsze i odejść...zostawić za sobą wypatrywanie spadających gwiazd, twarze i ramiona oświetlane blaskiem ogniska, tajemnicze ogrody, nazywane pagórki i doliny, księżyc odbijający sie w jeziorze, skradzione pocałunki, dylematy, wielkie nadzieje, wyczekiwanie na listonosza... dzisiejsze słońce jest jakieś inne.. nie mogę skonfrontować tych wszystkch szalonych, romantycznych postaci z pracownikami wielkich biurowców, w garniturach, pod pantoflami żon, zamkniętych w domach z betonu..czasem tylko jakiś odległy uśmiech zdradza pamięć tamtych chwil..ale to tylko ułamek sekundy, nie można się zbytnio rozczulać, trzeba zapytac o aktualne sprawy, plany na urlop, perspektywy pracy, banki, kryzys finansowy, sprawy toczą się szybko, wiadomości ze świata wirują i plączą się, żeby tylko uciec od myśli najprostszych i uczuć..
czwartek, 01 listopada 2007
celowość tego, co robię
po roku w jednym miejscu, przy tym samym kompie, tych samych problemach, tym samym systemie... mimo dobrych warunków i miłych ludzi... zaczyna mnie to nudzić... podobno trzeba działać, jeśli się ma jeszcze siły twórcze..i jeśli sama natura podpowiada mi, że ta monotonia jest męcząca, że nie wolno mi na tym poprzestać, że powinnam się rozwijać, to pewnie powinnam jej posłuchać... zastanawiam się, czy przyjdzie kiedyś taki czas, kiedy nie będę miała ochoty robić nic ambitnego, kiedy wręcz docenię to, że praca nie kosztuje mnie wiele wysiłku, a stanie się automatyczna - taki moment, kiedy będę miała sprawy ważniejsze - np. rodzinę, i czy wtedy praca będzie tylko obowiązkiem i koniecznością. Czy praca może mieć podłoże i sens czysto finansowe? Chyba nie.. człowiek ponoć, wg. teorii humanistycznej, powinien się rozwijać przez całe życie i nieustanny rozwój ma być jedyną słuszną drogą do szczęścia.. W takim wypadku rozwiązania są tylko dwa: praca jest rozwojowa i daje satysfakcję albo też daje pieniądze, czyli możliwości realizowania się w życiu poza-służbowym. Aby czuć się spełnioną i nie dać się zmęczyć monotonną pracą, muszę więc na własną rękę zadbać o swój rozwój... a może jakoś uda się to połączyć w przyszłości z pracą.. ech, za daleko już jestem zaszufladkowana w monotonii informatycznego życia, czas to zmienić.. może to dlatego jesteśmy narodem malkontentów - że boimy się zmian, boimy się marzyć, próbować, ryzykować.. decyzja o zmianie pracy wiąże się ze zbyt wielką niepewnością, z obawą, że będzie się tego żałować.. stajemy się konformistami, niewolnikami tego, co już się stało i dzieje - trzyma nas przeświadczenie, że przecież wcale nie jest tak źle, że właściwie to możemy tak żyć jak do tej pory.. i nagle znajdujemy tysiąc pozytywnych aspektów aktualnej sytuacji.. ogarnia nas paniczny strach przed zmianami, przed nowością.. i dlatego gnuśniejemy na starych stanowiskach, zmęczeni monotonią i twarzami zza sąsiednich biurek, które też mimo narastającego smutku i znudzenia cały czas trwają w tych samych miejscach.. w czasie studiów wydaje się człowiekowi, że może wszystko, że będzie robił to, co go cieszy.. świat wydaje się tak ogromny i pełen możliwości.. cieszymy się z pierwszej pracy, bo wydaje się ambitna, jest wyzwaniem, a przy okazji zapewnia niezależność finansową.. po kilku tygodniach lub miesiącach okazuje się, że już umiemy wykonać powierzone obowiązki, cieszy nas to, a po kilku kolejnych -zaczyna irytować, że ciągle robimy to samo.. Tak nie może być przecież! postanowiłam zrobić kilka kursów, które pozwolą trochę się rozwinąć... wezmę się też za języki - to zawsze się przydaje.. a oprócz tego trochę zajęć ruchowych i zdecydowanie więcej spotkań z przyjaciółmi.. doszłam do wniosku, że trzeba znaleźć radość w każdym dniu, każdej chwili..bo tak naprawdę to nie mam zupełnie na co narzekać..wystarczy wyznaczyć sobie kilka celów, zorganizować czas i od razu wszystko staje się piękniejsze. Zaskakujące jest, jak czasem tą samą pracę można wykonywać z radością lub też marudząc - kwestia tylko perspektywy i...poczucia spełnienia i celowości.. problem tkwi więc w nastawieniu do życia.. tak więc niech każdy dzień będzie niósł ze sobą nowe możliwości a nie konieczność i obowiązki... niech powoli zbliża nas ku realizacji siebie:)
niedziela, 19 sierpnia 2007
pora, o której tylko infoboty nie śpią
Niedziela, 7 rano. O tej porze studenci piszą pracę mgr. Jeszcze troszkę.. damy radę..Im więcej piszę tym bardziej dochodzę do wnisoku, że te standardy telekomunikacyjne wcale nie są takie straszne. Dr P. powiedział kiedyś, że wiedza jest tylko kwestią poświęconego czasu. Jeśli poświęciłam już kilkanaście dni,może tygodni na zgłębienie tematu, to mogę przyznać, że coś już wiem o tym. W pracy też jest tak samo - im dłużej tam pracuję, tym więcej wiem i tym łatwiej mi przychodzą pewne rzeczy.
sobota, 04 sierpnia 2007
opadły mgły i miasto ze snu się budzi, górą czmyha już zmrok..
Sobotni poranek.. Budzą mnie dzwony jakiegoś obcego kościoła, przewracam się na bok - meble jakieś inne, i czemu śpię na materacu?...jeszcze nie założyłam soczewek, więc wszystko jest zamazane i niewyraźne, ale nie przypomina mi kształtów mojego pokoju..uczucie suchości w ustach przypomina mi wczorajsze pijaństwo..tak,jestem przecież w nowym mieszkaniu znajomych, a wieczorem odbyła się parapetówka na świeżo wynajętym mieszkaniu, popijaliśmy winko na wielkim tarasie,z widokiem na mrugające światełka miasta, wspominając studia, planując przyszłość dalszą i bliższą.. Wracam rano autobusem z Placu Imbramowskiego na Bronowice - z piątkowych marzeń do sobotniej pracy... tłumy ludzi z torbami pełnymi zakupów wyglądają jak mrówki zbierające kruszynki, biegają między stoiskami, sprawdzając, gdzie są ładniejsze, większe i tańsze oczywiście (w końcu jesteśmy w Krakowie) pomidory, brzoskwinie, śliwki.. Słoneczko świeci już od dawna wysoko nad horyzontem, drzewa się zielenią, lekki wiaterek porusza ich gałęziami.. a ja powolutku, na kacu, wsiadam do autobusu, przyklejam nos do szyby i wracam... ..jestem na skraju, przy końcu szalonch studiów,a już uwijając się w wielkiej korporacji...czasem na zakręconych i beztroskich imprezach z przyjaciółmi ale też czasem na poszukiwaniach z nimi pracy, ślubach czy pępkówkach... ...a ziemia toczy swój garb uroczy.....toczy, toczy się los..
niedziela, 03 czerwca 2007
pomyslowa milosc
znalazlam sie ostatnio w takiej czasoprzeestrzeni (w takim miedzyczaasie;), ze odnosze wrazenie,ze wszyscy wokol zareczaja sie,zenia albo przynajmniej zakochuja.. i tak sobie mysle,zeby zanotowac kilka ciekawych pomyslow na zorganizowanie tych akcji...bo sie ludziska przescigaja w fantazji! - moj kolega wzial slub w Mariackim, wyjechali z zona z kosciola na rowerze.. - inny oswiadczajac sie,wykombinowal wynajecie tramwaju, wtedy gdy jeszcze w Bagateli grali Tramwaj zwany pozadaniem,po spektaklu, w tymze wynajetym krakowskim tramwaju, jezdzil z nia wokol plant.. - M. zabral swoja ukochana do Rzymu, i tam pod fontanna dal jej pierscionek, liczyl sie efekt zaskoczenia;) - ja kiedys dostalam 70 czerwonych roz (wszystkie,jakie byly w kwiaciarni),w ramach przeprosin.. W sumie kazde zareczyny czy slub sa piekne i wzruszajace same w sobie,ale jak ktos uknuje do tego misterny plan,to jest jeszcze co dzieciom opowiadac;) najczesciej zareczyny to chyba na jakichs wycieczkach.. W sumie juz same randki mozna wykombinowac niezle..moje najpiekniejsze to chyba: na kopcu Kosciuszki, albo kolo lotniska Balice - jest takie zakazane miejsce,gdzie nie mozna wjezdzac (i moze dlatego tym bardziej sie to podoba),pas swiatel kierujacy przylatujace na lotnisko samoloty, ktore leca tuz nad glowa (i to jeszcze z fajnym kontekstem - bo jakos dokladnie miesiac po moim powrocie z L.)..innym razem noca nad jeziorem B, w ktorym odbijal sie ksiezyc i wszystkie gwiazdy, rozmawiajac z M o marzeniach i jakichs nieziemskich sprawach.. albo przy zachodzie slonca, potem noca pijac szampana nad morzem, a ile pieknych spotkan rowerowych,w lesie, na wzgorzu kolo mnie, czy w gorach (szczegolnie pamietam spacer z moja pierwsza miloscia przez Doline Koscieliska..samo to,ze trzymalismy sie za reke tak mnie wzruszalo!).. albo ogniskowe znajomosci, rozmowy o zyciu,filozofiach..oboz harcerski i pierscionek zrobiony z traw...piosenka zaspiewana na koncercie specjalnie dla mnie..albo ta do mnie,na karaoke..ech, muzyka ma ogromna moc - i to takie wzruszajace,gdy jakas stara piosenka przywola wspomnienia...kurka, coraz mniej pamietam takich chwil..dlatego musze je zapisywac jednak (albo moze faceci sie coraz mniej staraja;p)! Wczoraj bylam na paradzie smokow - ale fajerwerki zawsze sie dobrze wspomina..od wiekow ludzi fascynowaly gry swiatel,zawsze wzbudzaly emocje...w gruncie rzecz nic sie nie zmienilismy...sa inne technologie,ale wzruszenia,emocje - oparte o to samo..
Moze ktos ma ochote podzielic sie jakas romantyczna historia?..zapraszam do wspominkow:)
sobota, 19 maja 2007
noc muzeów
jest taka noc...tylko jedna w całym roku..kiedy krakowskie muzea otwieają się na wszystkich spragnionych kultury..za symboliczną złotówkę..Większość muzeów organizuje koncerty,zapewnia dodatkowe atrakcje,by to właśnie do nich przyszło najwięcej chętnych..Świetna akcja. Wreszcie jest okazja przypomnieć sobie, co w którym muzeum i dlaczego.. i w ciągu jednego wieczoru zajrzeć do kilku na raz! Wspaniałe! Oczywiście pominęłam te najbardziej oblegane -Narodowe,Wawel,Barbakan,Czaroryskich, nie chciałam całej tej nocy przeczekać w kolejce. Ale Mehoffera, Wyspiańskiego, Hipolitów, Crikot odwiedziłam!..ech,jedna noc to za mało! Powinny być takie 2 przynajmniej!Brakło mi czasu na tak wiele jeszce! W Londynie większość muzeów i galerii jest otwarta bezpłatnie..ale wydaje mi się,że akurat nie bilety wstępów sa problemem naszych muzeów,bo to zawsze jakieś wsparcie finansowe na utrzymanie obiektu i każdy się z tym godzi.. Taka promocja jak u nas - Noc muzeów, jest wyjątkowa,ze względu na to,że jest to NOC:) piątkowy wieczór, większość ludzi ma wtedy czas i chętnie uczestniczą. A przy okazji to świetna akcja reklamowa. Z tego,co gdzieś wyczytałam, teatry podejmują inicjatywę, wkrótce Noc teatrów! Znowu będzie się działo.
|